wtorek, 18 kwietnia 2017

Miałam dzisiaj rozmowę kwalifikacyjną.
Pracy szukam już dość długo, ale bez stresu, ponieważ
a) pracuję trochę w szkole, więc coś tam zarabiam
b) jestem ubezpieczona przez niemiecki urząd pracy, dzięki temu nie muszę się martwić jak jestem chora
c) z racji bycia młodą kobietą z zagramanicy, przysługuje mi prawo do zasiłku.
Dzięki temu wszystkiemu miałam dość spory komfort psychiczny i żadnej presji w stylu 'omg, muszę znaleźć pierwszą lepszą robotę, jakaby nie była' i mogłam na spokojnie przeglądać oferty. Niestety, często bywało tak, że jak już mnie coś zainteresowało, to albo nie była to praca gwarantująca ubezpieczenie (poniżej 450 euro miesięcznie), albo ja nie byłam dla pracodawcy wystarczająco niemiecka.
Jakiś czas temu znalazłam ogłoszenie w h&m i stwierdziłam 'a co mi tam'. Praca na mniej więcej 12 godzin tygodniowo - dla mnie idealnie, bo ja robię tyle przeróżnych rzeczy, że absolutnie mi to nie przeszkadza - ważne, że jest ubezpieczenie. Podoba mi się różnorodność zadań, a nawet jeśli jedyną rzeczą, którą będę robić to układanie ciuchów, to i tak spoko - bo ja po prostu bardzo lubię przebywać w h&m. Nie wiem skąd to się bierze, ale zwyczajnie dobrze się tam czuję, mimo że wcale nie lubię robić zakupów ani łazić po sklepach.
Wracając do rozmowy - razem ze mną obecna była również inna dziewczyna i wspólnie zaproszone zostałyśmy do pokoju przesłuchań. Starałam się nie denerwować i powtarzać w myślach, że właściwie, to nie zależy mi na tej robocie - wtedy serce nie bije mi tak przerażająco szybko i staję się bardziej wyluzowana. Rozmowa przebiegała bardzo przyjemnie, ale cały czas miałam świadomość, że cokolwiek powiem, to ta druga dziewczyna zawsze będzie miała nade mną jedną znaczącą przewagę - jest rodowitą Niemką, co znaczy, że rozumie wszystko w stu procentach i potrafi jasno się wysłowić. Trochę się tym martwiłam, do pewnego momentu. Bo kiedy tak jej słuchałam, uświadomiłam sobie, że to ja! Młodsza o 8 lat i masę doświadczeń. Każda jej odpowiedź była grzeczna, ale pusta, dokładnie taka, jaka wydawało jej się, że powinna być. Osiem lat temu mówiłabym to samo, co ona teraz, starając się wywrzeć jak najlepsze wrażenie będąc jednocześnie bardzo zachowawczą. Poczułam w środku niesamowitą radość i wdzięczność, że tak bardzo się zmieniłam i to dodało mi nieco animuszu (chociaż nie było ze mną aż tak źle ;p). Bo teraźniejsza ja wie, że nie musi na siłę się nikomu przypodobać i ma odwagę wygłaszać swoje opinie, ale potrzebowałam czasu, żeby się tego nauczyć.
Pracę dostałam (zadzwonili do mnie pół godziny po rozmowie)  i cieszę się, ale jednocześnie trochę nie mogę w to uwierzyć, bo, rzecz jasna, o pracę ubiegało się więcej niż dwie osoby :)

czwartek, 23 marca 2017

Co mnie ciągle zaskakuje w Niemczech:
1) Niemiecka gościnność - powolutku przyzwyczajam się, że kiedy idę do kogoś w odwiedziny nikt nie zaproponuje mi herbaty/kawy/wody/czegokolwiek (no, chyba, że wcześniej umawialiście się konkretnie na kawę, wtedy tak). Idąc na imprezę biorę nie tylko swój alkohol (i nie mam na myśli butelki wina dla gospodarza), ale również swoją wodę (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) i przekąski.

2) Niemieckie imprezy - na których nic się nie dzieje. Dosłownie nic :) Domówki polegają na tym, że się po prostu... siedzi. Nie wiem jak wy, ale ja kiedy idę np. na urodziny, lubię się ładnie ubrać (bez szału, ale ładnie), szykuję prezent, a na imprezie spodziewam się jedzonka i - oczywiście - urodzinowego tortu, muzyki, toastów, ciekawych rozmów, często gier, a jak grono jest bardziej kameralne, to można obejrzeć film. Wiecie, coś się dzieje. Ale nie tutaj.

3) Niemiecki podryw - dość niezauważalny. Nie należę do najbrzydszych dziewczyn i dość często dostaję sygnał, że wpadłam komuś w oko, natomiast tutaj potrzebowałam naprawdę sporo czasu, żeby nauczyć się, że koleś, który nawet nie spojrzał w moją stronę i generalnie spędza całą imprezę unikając mnie jak ognia tak naprawdę mnie podrywa. Randki przebiegają tak, że ty masz wrażenie, że jemu strasznie się nudzi i tylko marzy o tym, żeby znaleźć się w innym miejscu, po czym obwieszcza ci, że bawił się wyśmienicie i pyta kiedy znów możecie się zobaczyć (eh, nigdy?). Rzecz jasna, za wszystko płacisz ty, ale podzielenie się pół na pół również bywa możliwe.

Bywa wesoło ;)

wtorek, 28 lutego 2017

Kiedy miałam jakieś 13 lat i byłam w pierwszej klasie gimnazjum zaczęła się moda na posiadanie telefonu komórkowego. Nikt nie wiedział po co trzynastolatkom własny telefon (i nikt nie wie tego do dziś), ale kto by się tym przejmował, wszak kto bogatemu zabroni? Bardzo szybko wszystkie dzieciaki w mojej klasie mogły pochwalić się własną komórką (to były czasy, kiedy żart z narysowaniem 'komórki' na sprawdzianie z biologii był jeszcze śmieszny) i ja też dostałam swoją. Najważniejszą rzeczą w komórce były oczywiście gry i nasze telefony traktowaliśmy właściwie jak tamagotchi z funkcją wysyłania esemesów/odbierania telefonów od mamy. Smsy były wtedy o wiele bardziej kosztowne niż dzisiaj, więc nikt nie wysyłał ich bez potrzeby, bo po co marnować kasę, ale ja nie byłabym sobą gdybym tego nie zrobiła, więc mojego pierwszego smsa o jakże skomplikowanej treści 'Hej' (czy coś równie durnego) wysłałam pod zupełnie nieznany, lecz zabawny numer. Wpisałam po prostu coś w tylu 505122222 (nie wiedziałam nawet czy taki numer istnieje) i wysłałam.
Jakie było moje zdziwienie kiedy ktoś mi odpisał!
I tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy wymieniać się smsami. Dziś nie pamiętam już kompletnie o czym wtedy pisaliśmy, ale wtedy czułam się niesamowicie fajnie, że ktoś zupełnie obcy i starszy ode mnie ma w ogóle ochotę ze mną pisać.
Później wymieniliśmy się adresami, bo mój nowy znajomy chciał wysłać mi płytę i wiedziałam, że z moją mamą to nie przejdzie, dałam mu więc adres koleżanki z klasy. Płyta przyszła, bez żadnej innej podejrzanej zawartości, ale jak tylko moja mama zobaczyła, że mam nową płytę, zaczęły się niewygodne pytania (moja mama należy do gatunku osób, które obsesyjnie kontrolują dosłownie WSZYSTKO i zapewne jest to też jeden z powodów, dla których mieszkam w innym kraju).
No i przez moją mamę kontakt się urwał.
Dziś pamiętam tylko, że mój znajomy miał na imię Tomek i mieszkał w Krapkowicach. Czasem trochę o nim myślę i słucham sobie płyty, którą mi wysłał (i którą tak w ogóle bardzo lubię).


środa, 1 lutego 2017

***

Pogrzeb odbył się tydzień później. To był dziwny tydzień. Jakimś cudem dałam radę zorganizować wszelkie sprawy związane z pochówkiem, obdzwonić setkę współpracowników, bliższych i dalszych znajomych, odwołać wszystkie spotkania biznesowe, anulować rezerwacje i spakować rzeczy C.
W międzyczasie wypadały moje urodziny, które spędziłam z S, bratem C, pijąc jakieś totalnie niemożliwe ilości wina, paląc papierosa za papierosem i przeglądając stare zdjęcia. Oprócz tego nie bardzo pamiętam co się ze mną działo. Na pogrzebie właściwie nie było mi smutno, ale miałam wrażenie, że wypada, żebym płakała. Wiem, że uwaga wielu ludzi skierowana była na mnie, czego nie chciałam i odetchnęłam z ulgą, kiedy była dziewczyna C, E (z zawodu i stylu bycia aktorka), postanowiła wygłosić kosmiczną przemowę. Dzięki temu mogłam schować się gdzieś z tyłu, za ludźmi.

Wszystko bardzo mnie denerwowało. Nie byłam smutna, byłam wkurzona. Wkurzona, bo tak nagle zostałam sama. Wkurzona, bo moje plany poszły się wiadomo co. Wkurzona, bo byłam zbyt młoda na takie doświadczenia. Wkurzona, bo wszyscy dookoła wydawali się tak weseli. A ja chciałam, żeby absolutnie każda osoba, którą mijałam na ulicy wiedziała o tym, co mnie spotkało. Wydawało mi się, że w dowolnym momencie znów ktoś może umrzeć na moich oczach i zupełnie nie mogłam pojąć tego, że nikt się tym nie przejmuje!

Przesiadywanie wieczorami na Starym Rynku stało się jakieś dziwne. Ciągle tylko zerkałam w stronę Placu Wolności, czy aby przypadkiem C nie zmierza już w naszym kierunku żeby się przysiąść. Chciałam opowiedzieć mu historię o martwym facecie leżącym na podłodze w jego mieszkaniu. Ale C nie odbierał telefonu.

Z uglą powitałam zbliżające się wakacje, bo oznaczało to koniec pracy, a co za tym idzie - zaprzestanie jakichkolwiek starań aby choć na chwilę prowadzić namiastkę normalnego życia. Nie musiałam wyglądać i mogłam jedynie leżeć w łóżku. Dobry humor miałam jedynie wieczorami, po wypiciu kilku(nastu) piw, rano znów czułam się źle, ale mogłam to usprawiedliwić kacem. Potem wyjechałam na Maltę, w celu zmiany otoczenia i spojrzenia na moje życie z innej perspektywy, ale w mojej głowie wciąż tkwiłam w tym samym pustym miejscu.

***
W kwietniu miną dwa lata od śmierci C, a ja do dzisiaj chodzę wkurzona. Nie cały czas, bo bardzo staram się nad sobą pracować, ale nie mogę wyzbyć się gniewu. Teraz jestem zła, bo całe to doświadczenie napełniło mnie niesamowitym strachem, z którym nie umiem sobie poradzić i pogorszyło to jedynie moją depresję i ataki paniki, nad opanowaniem których tak ciężko pracowałam i zdaje się, że cały mój wysiłek poszedł na marne. Są dni kiedy nie mogę przestać płakać, bo myślę o tym, że coś może stać się osobom, na których mi zależy. Boję się również zostawać sama w mieszkaniu, w razie gdyby coś się stało mi. Nie dlatego, że boję się śmierci. Boję się tego, co nadchodzi po śmierci.

poniedziałek, 9 stycznia 2017


Ten dzień spędziliśmy dość przyjemnie. Mimo kłótni poprzedniego dnia stwierdziłam, że nie chcę być w złym nastroju, że chętnie pójdę na spacer do miasta z C i z jego tatą. Tata C był w Poznaniu po raz pierwszy. Zatrzymał się tu w drodze do Szwajcarii i chciał spędzić kilka dni ze swoim synem. Pokazaliśmy mu wszystkie nasze ulubione miejsca, kawiarnie, do których chodziliśmy na kawę, nowe interesujące restauracje i najpopularniejsze puby. Ten dzień miał być ostatnim dniem pobytu jego taty w Poznaniu i chciałam, żeby był po prostu jak najmilszy.

Wieczorem poszliśmy na pizzę. Cieszyłam się, bo widziałam, że tacie C wszystko bardzo się podoba. Lubię go. To zdecydowanie jedna z bardziej interesujących osób, jakie dane mi było spotkać w moim życiu. Lubię słuchać jego historii, często opowiadanych za pomocą trzech przeplatających się języków - to ma swój niesamowity urok.

Pamiętam, że bardzo zdziwiłam się, kiedy C nie zamówił piwa, pił tylko colę.

Po skończonym posiłku udaliśmy się na krótki spacer, następnie odprowadziliśmy tatę C do hotelu, w którym się zatrzymał (całe 20 metrów od naszego domu) i stwierdziliśmy, że sami jesteśmy zmęczeni i idziemy spać. Pogadaliśmy chwilę, aż w pewnym momencie czas niesamowicie się skurczył i chyba wszystko wydarzyło się w jednym momencie.

Najpierw ogarnęła mnie panika. Nie dlatego, że nie wiedziałam co się dzieje - ale dlatego, że nie wiedziałam co dalej. W jednym momencie C spojrzał na mnie i powiedział 'I'm sorry' i widziałam w jego oczach, że już umarł. Niby wszystko było takie samo, ale coś się zmieniło, jego wzrok był martwy. Pierwsze, co podpowiada rozsądek to sztuczne oddychanie, ale w głębi duszy wiedziałam, że to nie ma sensu i nie mogłam tego zrobić. Wybiegłam z pokoju i zawołałam K, który w tym czasie z nami mieszkał, żeby mi pomógł. Ja zadzwoniłam po karetkę i zeszłam na dół, aby czekać na ratowników przed bramą.

Czekałam mniej więcej dziesięć minut, chociaż oczywiście miałam wrażenie, że zajmuje to znacznie dłużej. Stałam na środku chodnika i zastanawiałam się co w tym czasie robią inni ludzie, dlaczego wszyscy są tacy spokojni, czy nikt nie wie, że ktoś właśnie w tym momencie umiera? Musiałam wyglądać na mocno zdenerwowaną, bo zaczepił mnie jeden facet i spytał czy wszystko w porządku. Zaczęłam na niego krzyczeć, że nie, nie jest w porządku, że karetka chyba nigdy nie przyjedzie, że ten horror oczekiwania nigdy się nie skończy. Facet postał ze mną aż do momentu przyjazdu karetki.

Ratownicy pytają mnie dokąd mają się udać. W myślach przeklinam ich za to pytanie, bo jak to? Czy to nie jest oczywiste, że mają iść na piąte piętro?
Kiedy wchodzimy do mieszkania, znów nie wiedzą dokąd iść. Dlaczego muszę im powiedzieć, że mają iść do sypialni?

Potem próbują przywrócić C rytm serca, to wszystko trwa czterdzieści minut, co wydaje się być chwilą, po czym stwierdzają, że nic nie da się zrobić.  To już wiem od dawna. Przez cały czas jak na to wszystko patrzyłam nie mogłam się doczekać, aż C w końcu wróci do domu, żebym mogła mu opowiedzieć, co tu się właśnie wydarzyło. Ciekawe, czy uwierzy, że na podłodze W JEGO POKOJU leżał martwy facet! Zabawne.
Ekipa ratunkowa wychodzi i nie wiem co dalej. K proponuje, żeby zadzwonić do domu pogrzebowego. Wszystko dzieje się szybko i wolno jednocześnie. Wtedy uświadamiam sobie, że muszę iść do taty C i powiedzieć mu o tym wszystkim. Prosta sprawa. Zarzucam na siebie jakąś bluzę, mówię K, że zaraz wracam i idę do hotelu. Po drodze staram się ułożyć w głowie jakiś sensowny dialog, ale nic sensownego nie przychodzi mi na myśl. Jak powiedzieć komuś, że umarło jego dziecko?
Jest po północy kiedy wchodzę do hotelu. Proszę, aby zadzwonili do taty C, bo muszę z nim porozmawiać. W oczach recepcjonisty widzę zdziwienie, ale nic nie mówi.
Czekam.
Kiedy widzę tatę C w drzwiach, momentalnie mam ochotę wszystko z siebie wyrzucić, kończy się jednak na tym, że mamroczę bez sensu. Daję mu znak, żebyśmy usiedli.

Wiele razy zaczynam mówić, ale nie mogę skończyć. To, co dla mnie jest smutną rzeczywistością, dla niego jest zupełnie obcym światem. Wcale nie mam ochoty mu tego świata przybliżać. W moim świecie C jest już martwy, nie mam już chłopaka, jestem sama, w świecie jego taty C jeszcze żyje. Boję się wypowiedzieć słowo "martwy", bo wtedy stanie się to prawdą. A ja chcę, żeby on jeszcze trochę pożył.
Nie wiem ile czasu minęło, zanim zdołałam wykrztusić z siebie kilka sensownych słów i tata C zrozumiał o co chodzi. Patrzenie jak dociera do niego ta informacja było torturą, jego twarz wyrażała niemą prośbę, abym powiedziała, że to wszystko to tylko okrutny żart, ale ja nie mogłam zrobić n i c. Długo siedzieliśmy w milczeniu.

Wróciłam do domu między 3 a 4 w nocy. C leżał jeszcze na podłodze, przez co zrobiło mi się głupio, bo pomyślałam, że pewnie mu zimno, że może chciałby założyć bluzę albo napić się herbaty. Jednocześnie czekałam na niego aż w końcu łaskawie się zjawi, bo mam mu tyle do opowiedzenia.  W końcu miałam dosyć jego ciała i bardzo się ucieszyłam, kiedy je zabrali.

***

środa, 4 stycznia 2017

Powinnam przestać przeglądać fejsbuki z rana.
Zaczęłam sobie czytać jakąś tam dyskusję w jakiejś tam grupie, generalnie nawet nie wiem po co (zdecydowanie powinnam przestać to robić), bo nie mam nic do powiedzenia. Ale wtedy zauważyłam jeden kiepski obraźliwy komentarz i stwierdziłam, że hej! ta grupa nie jest po to, żebyśmy się wzajemnie karmili złośliwościami, ale po to, żeby sobie pomagać, więc upomniałam autorkę komentarza.Na to dostałam odpowiedź 'uspokój się'.
W tym momencie mi się odechciewa. Bo albo mam wyjątkowego pecha, albo naprawdę każda dyskusja, którą czytam przebiega w ten sam sposób - i polega głównie na obrażaniu się.
Czasem nawet taka pierdoła potrafi mi z rana popsuć humor, a wcale nie o tym chciałam pisać. Dobrze jednak, że to z siebie wyplułam, bo mój niemiecki chłopak by tego nie zrozumiał.

Chciałam tylko podzielić się z wami moim podsumowaniem roku w formie wideło.
Nie wiem, czy ten rok był zły czy dobry. Chyba trochę taki i taki. W 2016 nie umarła żadna z bliskich mi osób, to już coś. Taką już mam naturę, że choćby nie wiem jak dobrze mi było, to zawsze będzie źle. Po prostu. Staram się z tym walczyć, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Przestałam narzekać, ale nic nie poradzę na uporczywe myśli, które ciągle mnie zniechęcają. Życzę więc sobie optymizmu. Wam również.

wtorek, 27 grudnia 2016

Ciekawa jestem, czy jeszcze kiedyś ujrzę śnieg na święta Bożego Narodzenia.

23 grudnia zrobiłam sobie wycieczkę na cmentarz i jak nigdy czułam obecność bliskich mi osób, których już niestety ze mną nie ma.







Ostatnio coraz częściej miewam myśli dotyczące przeprowadzki - nie to, żebym wiedziała dokąd chcę się udać, ale męczy mnie przebywanie w tym samym miejscu. Może gdybym miała przyjemną pracę, którą naprawdę lubię, poczułabym chęć zostania tu na zawsze, a tak...

W zeszły wtorek byłam w Poznaniu i choć przez cały dzień jechałam samochodem, co niesamowicie mnie wymęczyło i mimo prysznica czułam się pognieciona, poszłam spotkać się z moimi dobrymi znajomymi. Byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że wiele osób przyszło na spotkanie ze względu na mnie. Uświadomiłam też sobie, że - choć nie odczuwam tego na co dzień - to jednak bardzo tęsknię za możliwością komunikowania się z innymi osobami w języku innym niż niemiecki.

Krótko przed świętami odwiedził mnie jeden z moich bliższych znajomych, co doprowadziło do tego, że mój mózg naprawdę oszalał musząc stale przełączać się między trzema językami, w wyniku czego powstały całkiem śmieszne dialogi.

wtorek, 22 listopada 2016


Listopad.
Tęsknię za słońcem, lekkim wiatrem, zieloną trawą, posiłkami na świeżym powietrzu, ciepłą wodą w jeziorze i chłodnymi napojami. I plażą.
Mam ciągły deszcz za oknem, przemoknięte buty, nieustające infekcje, zimne stopy i przerażająco krótkie dni pokój wypełniony blaskiem przeróżnych świeczek i lampek choinkowych, dwie różne ciepłe wełniane skarpety, czas na skończenie "The Clan of the Cave Bear" i grę w Hobbita/Labirynt/Monopoly, dłuższe sesje jogi, ciepłą owocową herbatę i bezlitośnie pyszną tartę z oreo i masłem orzechowym w lodówce.
Niech będzie.



środa, 19 października 2016

Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że w czasie choroby czekolada to nienajlepsza opcja, jeśli chodzi o posiłki. Cóż jednak począć, kiedy umysł zamroczony, a michałki tak kuszą?
Potem nie wiem, czy mi niedobrze od choroby czy od cukru.

PS. Nie lubię tego, co robi ze mną choroba - właśnie zaczęłam słuchać Phil Collins Greatest Hits... ciekawe, co będzie następne. Czy ja mogę już wyzdrowieć?

piątek, 26 sierpnia 2016

Nikt nie lubi narzekających ludzi. Strangely enough, narzekają niemal wszyscy. Matko, ale z nas hipokryci.
Narzekanie jest wygodne, bo narzekać można na wszystko.

Zaczynając rozmowę z drugą osobą niemal za każdym razem ryzykujemy, że do naszych uszu dotrze stwierdzenie w stylu: za gorąco, za zimno, pada deszcz, boli mnie głowa, mam dużo roboty, film jest nudny, jedzenie nie smakowało, sąsiadka mnie denerwuje, sąsiad na mnie patrzy, dziecko mnie nie słucha, blablabla... Bardziej doświadczeni rozmówcy często stosują również technikę licytacji, czyli cokolwiek (pozytywnego lub negatywnego - no difference whatsoever) przydarzyło się Tobie, ta druga osoba ma gorzej. Twoje dziecko nie śpi od piątej? To nic, moje wyrwało mnie ze snu już o czwartej trzydzieści pięć! Ha!

Są też tacy, którzy w szczególności upodobali sobie narzekanie na fejsbuku, co tak na dobrą sprawę nawet lubię. Lubię, bo mogę sobie w myślach ułożyć bardzo kąśliwą odpowiedź, co przysparza mi sporo frajdy, jednak najczęściej powstrzymuję się od jej opublikowania mając na uwadze fakt, że ten fejsbukowy narzekacz obrazi się na sto pro i atmosfera będzie dziwna. Blah.

Żeby nie było - ja też narzekam. Ale nie raczę tym innych. Kiedyś, w bardzo upalny dzień (a ja upałów NIENAWIDZĘ) usłyszałam od znajomej 'Jeny Luta, weź przestań narzekać, serio, nie da się ciebie słuchać', co uświadomiło mi, że 90% słów wydobywających się z mojej buzi tego dnia to psioczenie na pogodę/ból głowy/zmęczenie/brak deszczu/cokolwiek. Więc się zamknęłam. I nie zamierzam już się więcej uzewnętrzniać w ten sposób. Czasem pozwalam sobie troszeczkę ponarzekać na tym blogu, ale wtedy piszę pod wpływem emocji, które chciałabym zatrzymać, i na dobrą sprawę i tak prawie nikt tego nie czyta. A jak czyta, to może przestać w dowolnym momencie ;)

Jak już wspomniałam, wygodne jest to całe narzekanie. Chodzi o to, żeby oprzeć się ujmującej chęci wyrażenia swego niezadowolenia. To nie jest umiejętność, którą opanowałam do perfekcji, ale cały czas nad tym pracuję. No i tak, kiedy chcę sobie na coś ponarzekać, to zanim otworzę buzię, myślę, co właściwie chcę powiedzieć.

Mam niewygodne buty, które mnie obtarły? Ok, następnym razem wezmę plastry i lepiej przemyślę zakup kolejnej pary obuwia. A teraz docenię to, że w ogóle stać mnie na buty, w których mogę c h o d z i ć.

Kłopoty ze zdrowiem? Narzekanie nie poprawi mi samopoczucia, a zadbanie o siebie i wizyta u lekarza owszem.

Znowu nie mam pieniędzy? To nic, dzieci w krajach trzeciego świata też nie, ale ja, w przeciwieństwie do nich, mogę sobie zaplanować moje wydatki.

I tak dalej, chyba łapiecie o co chodzi. Łatwe to to nie jest, ale warto spróbować.

środa, 24 sierpnia 2016

Mniej więcej dwa-trzy lata temu nieco bardziej zainteresowałam się sklejaniem różnego rodzaju video, do czego tak naprawdę zainspirował mnie brat mojego byłego chłopaka. Od tej pory nagrywam niemal codziennie, co może wydawać się ciężkie do zrobienia, ale chodzi tylko o to, żeby to człowiekowi weszło w nawyk. Co prawda dobrego sprzętu nie posiadam i długo pewnie posiadać nie będę, mam za to mnóstwo czasu i chęci (co mogę wykorzystać również do częstszego pisania, ale prawda jest taka, że edytowanie filmów sprawia mi większą frajdę niż edycja tekstu).

Możecie sobie obejrzeć na przykład moje poniedziałkowe video. Albo wszystkie inne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

wracam do regularnego pisania

Jedną z rzeczy, które bardzo lubię w moim życiu to nieprzewidywalność.
Nieprzewidywalność ma swoje dobre strony. Złe też. Tych złych może nawet więcej, co nie uchodzi uwadze mojej mamy, cóż jednak począć w sytuacji, kiedy człowiekowi po prostu wygodnie tak żyć?

Rutyna niemiłosiernie mnie nudzi. Z reguły podziwiam ludzi, którzy prą przez życie konsekwentnie odhaczając kolejne punkty na liście zaplanowanych rzeczy do zrobienia. Podziwiam, bo zdaję sobie sprawę, że, mimo najszczerszych chęci, ja bym tak nie potrafiła. Nie to, że nie jestem zorganizowana. Jak chcę to jestem. Lubię też tworzyć listy. Ale takie zaplanowane i przewidywalne życie nie niesie za sobą tylu wyzwań, ilu pragnę.

Tak też odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego nie posiadam stałego adresu zamieszkania, nie mówiąc już o stałej pracy. Z reguły nie wiem, co będę robić dnia kolejnego, i nie - nie przeraża mnie to. Czasem zastanawiam się jak znalazłam się w miejscu, w którym aktualnie przebywam i zawsze stwierdzam z satysfakcją, że nigdy nie byłabym w stanie tego przewidzieć.

Nigdy na przykład nie przypuszczałabym, że będę mieszkać w Niemczech i uczyć grania na perkusji w szkole podstawowej.

Chyba chodzi o to, żeby udowodnić samej sobie, że - jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało - nie ma rzeczy niemożliwych. Nie cierpię, kiedy ludzie reagują na jakiś pomysł tak:
- Japonia? Niby skąd weźmiesz pieniądze?
Lub tak:
- Niemcy? Przecież nie znasz języka...
Lub tak:
- Nie znam nikogo, kto by tak zrobił.
Lub tak:
- Tak bez stałej pracy?
W zasadzie przykładów podobnych reakcji mnożyć mogę bez końca, ale moja odpowiedź jest zawsze do bólu przewidywalna:
- Dlaczego nie?

czwartek, 4 sierpnia 2016

Chyba się starzeję, sama już nie wiem. Zauważyłam, że ostatnimi czasy nie mogę, no nie mogę na spokojnie przeglądać internetów. No nie idzie, bo mnie cholera jedna z drugą biorą.
Dzięki fejsbukowi zapoznałam się dziś ze sprawą urażonej pani, której to ponoć zabroniono dziecię piersią nakarmić w restauracji. W komentarzach? Lament. Tych lepszych, karmiących, co to takie samolubne nie są i własne życie dla dobra narodu poświęcają na bycie matką. Prócz lamentu nie brak i wyzwisk autorstwa tych gorszych, samolubnych, co to zapewne z mlekiem matki nie wyssali nic, bo nie dane im było. Odpowiedziami na nieliczne rozsądne i wnoszące do dyskusji coś nieco ponad barwne inwektywy komentarze są jedynie dalsze wyzwiska i weź tu pan z takim rozmawiaj. No nie da się.
Może jesteście ciekawi, co o tym sądzę. Chociaż pewnie znając mój stosunek do dzieci, nie musicie zastanawiać się nad odpowiedzią. Abstrachując jednak od tego co o posiadaniu dzieci sądzę, uważam, że cała ta akcja to niestety jakaś kolejna bezsensowna gównoburza mająca na celu...? No właśnie. Dobro matek karmiących? He, he, dobre sobie.
Kiedy wybieram się do restauracji (uwaga, może niektórych to zszokuje, ale McDonald's restauracją bynajmniej nie jest) to chcę miło spędzić czas. Oczekuję dobrej obsługi (tu jestem trochę spaczona po wszystkich latach pracownia w gastronomii), ładnie podanych i smacznych dań (to też może kogoś zszokować: odgrzanie zamrożonych tortellini gotowaniem nie jest, a takie właśnie cudo ostatnio podano mi we włoskiej restauracji) i przyjemnej atmosfery. Do restauracji chodzi się po to, żeby zjeść, ale nie tylko i biada wszystkim restauratorom, którzy zważają jedynie na ten aspekt! Jeśli komuś zależy na tym, żeby jak najszybciej się nażreć i nie zwracać uwagi na otoczenie, to myślę, że jasnym jest gdzie można się stołować. Ja, idąc do restauracji, mam nadzieję, że nie zapokoję jedynie głodu. Lubię sobie popatrzeć na ładne wnętrza, ucho lubi miłe melodie, dobrze jest mieć również pod ręką kogoś, z kim można porozmawiać. Do ładnych widoków nie należą ani umorusane sosem pomidorowym dziecięce buzie (dorosłe zresztą też nie, ale przyjmuję, że większość dorosłych wie jak posługiwać się sztućcami i do czego służy serwetka), ani brudne paznokcie kelnerki, ani zmieniana na stole pielucha ani wywalony do karmienia cycek. Do miłych dźwięków nie należy ani mlaskanie sąsiada, ani przeklinanie kucharza, ani odgłos spłuczki dochodzący z toalety, ani kwilące dziecię.
Na żadne z wyżej wymienionych nie mam najmniejszej ochoty podczas jedzenia posiłku. Przed i po również nie.
Grunt to umiejętność odpowiedniego zachowania się. Jeśli ich to nie krępuje, niechże sobie te kobiety karmią piersią publicznie - ale bardzo proszę, by się chociaż odrobinę zasłoniły. Tylko tyle, bo staram się być wyrozumiała, ale każdy człowiek - i ja, i ta matka - ma swoje prawa. Ja mogę odwrócić wzrok, ale czasem bywa i tak, że widok mamy tuż przed oczyma i co wtedy? Udawać, że mnie to nie brzydzi (a jestem z tych, których to brzydzi)? Czy też może zwrócić mój posiłek?
Rozumiem, że matka, która ciągle musi siedzieć w domu z dzieckiem (pytanie: jeśli decyzja o dziecku była świadoma, to sądzę, że powinno być to raczej przyjemnością a nie udręką, nieprawdaż?) ma od czasu do czasu ochotę zmienić nieco otoczenie i chwała jej za to, bo siedząc z dzieckiem 24 godziny na dobę łatwo zapomnieć, że świat nie obraca się wokół potomstwa, a im dłużej tkwi się w tym złudzeniu, tym cięższe zderzenie z rzeczywistością. Fajnie, bo jeśli rodzice są kapujący, to dziecko na tym jedynie skorzysta - może spróbuje czegoś nowego, a jeśli nie ma odwagi na zjedzenie czegoś innego niż dziecięce spaghetti z nuggetsami, to przynajmniej ma szansę nauczyć się jak zachowywać się wśród innych ludzi.
No, ale nad tym trzeba troszkę popracować, a nie wszystkim się chce. Lepiej zaskarżyć bogu ducha winnego restauratora, że nie był wystarczająco uprzejmy dla dziecka et violà.


niedziela, 15 maja 2016

Ups.
Wygląda na to, że mam chłopaka, ale sama nie wiem czy to dobrze, czy źle.
Z jednej strony miło, bo doskonale się rozumiemy, mamy wiele wspólnych zainteresowań i tym podobne bzdury - po prostu jest fajnym kolesiem.
Z drugiej strony nie mogę przestać myśleć o Chrisie i zwyczajnie boję się emocjonalnie angażować w jakikolwiek związek, bo boję się, że kolejny mój chłopak umrze.
Także tego.

sobota, 16 kwietnia 2016

Rozmowy z Marcinem:
- Nudzę się.
- Bez sensu.
- Oglądam sobie zdjęcia kolesi, z którymi spałam.
- Hahaha... dobra rozrywka.
- No, niekończąca się.

sobota, 9 kwietnia 2016

Tęsknię za moimi przyjaciółmi i za Polską, i często zastanawiam się, czy może by jednak nie wrócić... Bardzo mi tęskno...
Ale potem dochodzę do wniosku, że wygodnie mi żyć w kraju, w którym nie muszę się martwić, że ktoś zmusi mnie do urodzenia dziecka, którego nie chcę. Fajnie, że pani w aptece na pytanie o pigułkę 'dzień po' nie paczy na mnie zdziwionym wzrokiem, a aborcja nie jest tutaj postrzegana jako dzieło szatana.

środa, 6 kwietnia 2016

Ho ho, ha ha:

Pierre Curie vient voir Marie et lui dit: tu es rayonnante ma chérie. Marie comme personne ce jour était une femme radieuse.



piątek, 1 kwietnia 2016

Rozmawiam z Marcinem na temat rzygania i w pewnym momencie do rozmowy włącza się nowy współlokator Marcina:
- No ja raz się porzygałem jak robiłem kolesiowi loda.

wtorek, 15 marca 2016

Modne są teraz takie wszelkie motywujące przemowy. Inspirujące hasła. Książki, po lekturze których staniesz się lepszą wersją siebie. Wykłady pozwalające zajrzeć w głąb siebie. Kalendarze, dzięki którym każdy dzień zaczniesz wykorzystywać w stu procentach, a energii zamiast ubywać, będzie ci przybywać (czyżby była do nich dołączana jakaś dobra amfa?). Trenerzy personalni, którzy pomogą ci w udzieleniu odpowiedzi na nurtujące cię od dawna pytanie - jak znaleźć szczęście w życiu?

Trzeba żyć. Teraz. Nie później. Nauczyć się wybaczać. Nie poddawać się. Iść dalej. Kochać. Doceniać (najlepiej wszystko na raz). Szanować innych. Śmiać się. I takie tam inne sposoby na oszukiwanie samego siebie.

Ja tam wolę się, ujmując rzecz kolokwialnie, najebać - wszak wtedy człowiek może wszystko. Potem, jak się ma kaca, jest troszeczkę gorzej, ale ewentualnie wszystko wraca do normy. 
Ale ktoś z przewlekłą depresją na szczęściu się nie zna, w końcu sama depresja jest demotywująca i trzeba jej unikać, a alkohol to pułapka. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Ostatni hit wśród moich znajomych, rozmowa o związku:
B - ... no i myślę, że jesteś dla mnie bardzo ważna i wiele dla mnie znaczysz. Muszę przyznać, że na ten moment to, co jest między nami mi nie wystarcza i chciałbym czegoś więcej...
Moje serce przyspiesza.
B - ... ale jednocześnie nie jestem gotów na to, żeby się bardziej zaangażować, dlatego nie chcę tego kontynuować.
Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. 

No i tyle wyszło z randkowania z Holendrem.
Holender.


piątek, 5 lutego 2016

Nie lubię dzieci. No dobra, trochę je lubię, ale bez przesady. Wystarczająco, żeby z nimi pracować.

Może ujmę to tak: nie uważam, aby posiadanie dziecka stanowiło najważniejszy punkt w czyimkolwiek życiu i wszystko we mnie protestuje kiedy widzę, że ktoś obnosi się faktem posiadania potomstwa jakby dokonał nie wiadomo czego. Nienawidzę tej całej otoczki cudowności wokół dzieci. Nie cierpię, kiedy moje znajome stają się matkami, bo wtedy, chcąc nie chcąc, temat dzieci przewija się co jakiś czas (jeśli mam szczęście - zwykle jest to cały czas). Brzydzi mnie, kiedy trafiam na zdjęcia kobiet karmiących piersią. Nie mam najmniejszej ochoty słuchać o przebiegu porodu. Przewracam oczami, kiedy widzę kolejne zdjęcie czyjegoś bachora, który, o tak się składa, że akurat dzisiaj ukończył piąty miesiąc życia. Jestem na siebie zła, kiedy przypadkowo 'polubię' na fejsbuku zdjęcie dziecka lub ciężarnej znajomej (a to akurat zdarza mi się od czasu do czasu, bo mam pęknięty ekran w telefonie). 

~~~~~~~ Gratulacje!!! *umiecie* uprawiać seks! ~~~~~~~
Uważam, że jest milion innych rzeczy, którymi można się pochwalić. Czy naprawdę niezbędnym jest informowanie całego świata o efektach pójścia z kimś do łóżka? Wydaje mi się, że jesteśmy istotami myślącymi i trochę jednak różnimy się od całej reszty świata zwierząt; dlaczego więc posiadanie potomstwa ciągle jest traktowane jako coś, do czego każdy musi dążyć? Nie kariera, nie podróże, nie dom, nie napisana książka, nie poznani ludzie, nie pokonanie słabości, ale właśnie dziecko. Zastanówcie się, jak często, nawet podświadomie, przypisujecie cechy pozytywne osobom, które dzieci mają, a cechy negatywne osobom bezdzietnym? Dlaczego, kiedy pytam koleżankę z kursu, czy chciałaby mieć dzieci, odpowiedź brzmi 'Oczywiście, że tak'? Skąd ta oczywistość? Dlaczego każdy zakłada, że pragnienie posiadania potomstwa jest naszą naturalną potrzebą? I dlaczego, kiedy okazuje się, że mam zgoła inne zdanie na ten temat, ludzie uznają, że muszę mnie w jakiś magiczny sposób... nawrócić?

Myślę, że ciąg dalszy nastąpi, teraz muszę przerwać, bo samo myślenie na ten temat mnie denerwuje.
Do później.

czwartek, 14 stycznia 2016

Sytuacja numer jeden: o g a r n i a s z .

Sytuacja numer dwa: no nie ogarniasz życia.

Czasem chciałabym ogarniać, ale nie ogarniam już do tego stopnia, że jakakolwiek zmiana jest mało możliwa. Nawet nieszczególnie jest mi źle z tą myślą. Jeśli mam być szczera, to nawet się cieszę, że nie ogarniam. Cieszę się, że nie jestem jak Masha, którą myśli o nieogarnięciu paraliżują i doprowadzają do dziwnych stanów.

Masha w ogóle jest śmieszna, ale ją lubię.

środa, 13 stycznia 2016

plany na nowy rok...

... takie same jak na każdy inny (czyli: nie zajdę w ciążę)

Nie wiem, czemu ludzie zawsze mają fioła na punkcie noworocznych postanowień. 
Mnie nadejście nowego roku zawsze trochę przytłacza, ale może to dlatego, że zwykle w okolicach Sylwestra muszę walczyć z ciężkim kacem.
Zastanawiające.

sobota, 26 grudnia 2015

Odwiedzam dzisiaj Pokemona (wiadomo, na święta bywa się w Bydgoszczy). Wchodzę do mieszkania i słyszę:
- Ale Azjatek to jeszcze chyba nie miałem w tym mieszkaniu!

+ Pokemon ma mi wysłać jakieś stare zdjęcia z czasów liceum... ;)

poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozmawiam z Marcinem o gościu, z którym obecnie się umawiam.

M - Ale uważaj, Niemcy w twoim otoczeniu mają tendencję do umierania.
L - On jest Holendrem.
M - A, to spoko, jest bezpieczny.

czwartek, 29 października 2015

Niemiecki romantyzm na bardzo niemieckiej randce:
'Would you mind if I invited you?'

czwartek, 15 października 2015

Pamiętam jak pewnego wieczoru siedziałam z Pokemonem nad rzeką. Wtedy powiedziałam mu o śmierci Chrisa.
Pokemon zaczął krztusić się ze śmiechu i w końcu wybełkotał:
- No, moje kondolencje.

W takich momentach szczerze gratuluję sobie wyboru przyjaciół.

piątek, 26 września 2014

Piszę, żeby dać znać, że już dawno wróciłam do mojego ukochanego miasta Poznania. W Danii było oczywiście tak dobrze, że nie mogłoby być lepiej, przez co teraz mi trochę smutno.
Anyway, podjęłam w końcu decyzję pt. co dalej z moimi studiami. Trochę żałuję, że zajęło mi to tyle czasu, ale ostatecznie stwierdziłam, że rezygnuję - a to nie było takie proste, głównie ze względu na moją mamę, dla której magisterka jest jednym z najważniejszych celów w życiu. Zaraz po ślubie i dziecku. Ekhem.
Teraz pracuję sobie w szkole językowej, ale tak się złożyło, że będę też prowadzić warsztaty z rękodzieła - i to nie tylko w tej jednej szkole. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej pracy :) Tym bardziej, że nawet jej nie szukałam - ale mówią, że głupi ma zawsze szczęście; nie zamierzam się z tym kłócić.

piątek, 15 sierpnia 2014

Wakacje trwają w najlepsze i dlatego też nic nie piszę (nie mam lepszej wymówki).
Ostatni tydzień harowałam jak wół (ehe) na transatlantyku, gdzie poznałam świetnych ludzi, pijanych ludzi, upierdliwych ludzi, a nawet ludzi-niewolników. Mimo zmęczenia dobrze się bawiłam i tak sobie myślę, że może praca za barem jest moim prawdziwym powołaniem?
A we wtorek wybieramy się do Danii, can't wait!

wtorek, 8 lipca 2014

Rozmawiamy z C o tym, gdzie możemy pojechać:
L - We don't have to go to Sopot, we can also go to Hel.
C - Go where?!

niedziela, 18 maja 2014


W czwartek byłam w Berlinie na koncercie Nine Inch Nails - było super i fantastysz! 


Początkowo miałam plan, żeby po koncercie zostać w Berlinie dzień lub dwa, ale niestety jestem chora, więc i tak wypad na koncert był dość ryzykowny. Imprezowanie w Berlinie musi więc trochę poczekać ;)

piątek, 9 maja 2014

po majówce

Jak zwykle nie miałam żadnych planów co do sposobu, w jaki spędzę majówkę, wiedziałam tylko, że nie mam ochoty siedzieć w Poznaniu. W piątek wpadłam na bardzo spontaniczny pomysł, żeby jechać autostopem nad morze. Spytałam mojego współlokatora, czy nie chce się wybrać w tę podróż ze mną, chwilę się naradziliśmy, spakowaliśmy w 15 minut, a godzinę później łapaliśmy pierwszego stopa.


Całą sobotę spędziliśmy w jedyny słuszny sposób - leżąc i spacerując po plaży, pogodę mieliśmy idealną. 


W czasie tej wycieczki poznaliśmy całą masę przemiłych, pomocnych ludzi, ale nikt nie pobije pana Olafa. Otóż, powrót do Poznania zaplanowaliśmy na sobotę, już wcześniej kupiliśmy bilety na pociąg o 23 (i wydaliśmy na to nasze ostatnie pieniądze). Tak się złożyło, że nie wracaliśmy sami, ale z dwójką innych ludzi, których poznaliśmy tego samego dnia i którzy wcale nie byli z Poznania, ale tak nam się dobrze spędzało czas, że postanowili jechać z nami. I razem z tą dwójką przegapiliśmy ostatni tramwaj, który w ten sobotni wieczór miał nas zawieźć pod dworzec kolejowy i rozpaczliwie próbowaliśmy złapać taksówkę. Jak się można domyślić, akurat żadna nie chciała się zatrzymać, a czas nas gonił. Wtedy pan Olaf zatrzymał się na środku ronda, spytał dokąd chcemy jechać i powiedział, że chociaż trochę mu nie po drodze, zawiezie nas na dworzec. Proponował nam nawet, że kupi coś do jedzenia i picia, ale szczerze mówiąc, nie było na to czasu. Pan Olaf był bardzo rad z naszego towarzystwa i przyznał nawet, że to jedna z najfajniejszych rzeczy, jaka przytrafiła mu się w jego samochodzie. A my dzięki niemu nie spóźniliśmy się na pociąg :) 

piątek, 2 maja 2014

Byliśmy w pijalni, obok nas stała baardzo pijana dziewczyna, która paliła papierosa. W pewnym momencie odwróciła się do nas, coś tam zaczęła mruczeć pod nosem i papieros spadł jej na podłogę. Podłogę niesamowicie brudną, lepiącą się od nie wiadomo czego, ale dziewczyna była zbyt pijana, żeby to zauważyć, bo schyliła się po niego. Mówimy jej:
- Just leave it there!
Na co ona:
- Yes, yes, I live in Poznań, I live there!

sobota, 26 kwietnia 2014

Kolejne urodziny za mną. Wczorajsza impreza urodzinowa była jedną z najlepszych w mym dotychczasowym życiu. Tak się składa, że mam ostatnio szczęście do poznawania interesujących ludzi i właśnie ci ludzie bawili się wczoraj ze mną. Było dużo wina i innych ciekawych rzeczy, dużo rozmów, dużo tańczenia, dużo pysznego jedzenia i dużo fajnej muzyki. 


Dzisiaj było też dużo sprzątania.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wielkanoc spędziłam w Bydgoszczu. Poza spotkaniem z rodziną trzeba było uskutecznić spotkania ze znajomymi - a w te święta udało mi się nawet niespodziewanie zobaczyć z Pokemonem! Postanowiliśmy trochę przypomnieć sobie czasy liceum i wypić kilka trunków w mrocznych zaułkach ulicy Dworcowej, jednak pogoda (lało jak z cebra) skutecznie udaremniła nam ten, jakże wspaniały, plan i wieczór przesiedzieliśmy w Estradzie. Skończyło się na wspominaniu przygód sprzed kilku lat (a najfajniejsze rzeczy przeżyłam właśnie z Pokemonem i Gremem!) i gadaniu o podróżach.
Oczywiście jak już szliśmy do domu, to przestało padać i było całkiem ciepło. 


symbol Bydgoszczu wraz z Pokemonem

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dzisiaj rebusu nie będzie, bo na seminarium miałam prezentację (do tej pory nie wiem co właściwie czytałam i jaki to miało związek z moimi studiami) i nie miałam kiedy zająć się rysowaniem. Później za to poszłam na spacer i ujrzałam coś, co niesamowicie poprawiło mi humor. Proszę państwa, oto drog store:


czwartek, 10 kwietnia 2014

rebusy cz. III


Na czwartkowym seminarium nadal robimy same ważne rzeczy.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wczoraj uskuteczniłam kolejną przeprowadzkę w mym studenckim życiu - całe szczęście tym razem tylko do pokoju obok. Z ulgą wywaliłam stertę pierdół, których nie używałam i trzymałam je chyba tylko po to, żeby je trzymać.
Okazało się, że mam 17 par butów, całkiem sporo jak na mnie :)

piątek, 4 kwietnia 2014

Czwartkowych rebusów z seminarium ciąg dalszy:


W życiu nie spodziewałabym się, że na magisterce będzie tak... nie wiem, nijako? 
Tylko dwa przedmioty są całkiem znośne, o całej reszcie (aż 6) nie wiem co myśleć. Coraz częściej zastanawiam się czy jest sens ciągle użerać się z tą uczelnią, ale póki co nie doszłam do żadnych konretnych wniosków... We'll see.

czwartek, 27 marca 2014

Czwartki są strasznie odmóżdżające... W czwartki mam najgorsze seminarium na świecie. Dzisiaj miałam prezentację, która polegała na przeczytaniu na głos artykułu, który miałam opracować. Mam pewność, że babka w ogóle nie słucha swoich stjudentów, może to i lepiej, chociaż strasznie nudno... Co robić przez 1,5 godziny w ciasnej sali? Dzisiaj były rebusy.


czwartek, 20 marca 2014


Gdzie jestem jak mnie nie ma?
Randkuję na potęgę (muszę koniecznie zaznaczyć jak bardzo wygodne jest bycie dziewczyną - dzięki temu zaoszczędziłam już miliony monet!).
Zdarza mi się uczyć, chociaż mam na to coraz mniej chęci.
Chodzę na fajne koncerty i właśnie kupiłam bilet na NIN w Berlinie - ten rok już jest bardzo fajny pod względem koncertów.
Szyję na maszynie coraz fajniejsze rzeczy.
Staram się znaleźć nowe mieszkanie, ale to akurat idzie mi najgorzej.

+ chyba kupię sobie rower na wiosnę :)

piątek, 28 lutego 2014

babskie dialogi cz.2

O - Super, w końcu udało mi się zjeść pączka w tłusty czwartek!
L - To super, mi udało się nie przespać z dwoma facetami, z którymi umówiłam się w tym tygodniu!
O - Każdy ma swoje priorytety ;)

wtorek, 18 lutego 2014

Ostatnio usłyszałam jeden z najdziwniejszych sposobów na rozpoczęcie rozmowy...

Wieczór spędzałam w jakiejś anarchistycznej kawiarence na spotkaniu autorskim z pisarzami (jeden z nich to mój były już facet). Zwykle nie po drodze mi do takich miejsc, ale okazja wyjątkowa to trza się było tam pojawić. Spotkanie jak spotkanie, dla znajomych nieco bardziej interesujące, dla obcych może trochę mniej, ale generalnie było miło. Miło przestało być, kiedy po spotkaniu wyszłam sobie na papierosa i trafiłam na gościa, który przez cały czas trwania spotkania co chwilę wtrącał swoje dygresje i robił to w nieco irytujący sposób. Ale co tam, przecież nie musiałam z nim gadać. No i tak sobie stałam i paliłam w milczeniu, a wtedy on postanowił się odezwać:
- Przez cały wieczór zastanawiałem się, kim jest ta dama w kapeluszu (że niby ja). Ostatnio na świecie widuję tyle pięknych rzeczy; nawet łupież (TAK!!!!!!!) potrafi być piękny. Wczoraj przeczesałem sobie włosy i odkryłem, że łupież tak pięknie lśni w słońcu...

No po czymś takim to człowiek nawet nie wie co powiedzieć ;-) 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Wiecie co jest najgorsze w byciu singlem (kurde, nie lubię tego słowa)? To, że tyle kosztuje.
Jasne, mogłabym siedzieć w domu i leczyć moje złamane serce leżąc w łóżku 24 godziny na dobę - wtedy byłoby taniej, wręcz darmowo - ale, kurczę, tak chyba nie uleczę złamanego serca. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przecież to ja zerwałam (bad, bad Luta), ale chwilę potem to ja dostałam kosza od kogoś innego - cudowna ironia losu, he he ;) Za to naprawdę kocham moje życie.
Staram się nie załamywać, a do tego potrzebuję dużo wina, papierosów, jedzenia i picia na mieście. To, jak wiadomo, kosztuje. Jest jeszcze muzyka - całe szczęście za niecałe dwa tygodnie koncert Simple Minds w Pyrlandii (bilet mam już chyba od wieków), w tym dniu moje życie na pewno będzie piękniejsze :-)

środa, 12 lutego 2014

Historia on-line. Wspaniała rzecz, o której nie wie chyba nikt z mojej nowej grupy na studiach. Kiedy loguję się na nasze wspólne konto, lubię sobie sprawdzić co kto wyszukiwał. I pokazuje mi się takie cuś:
- pierwszy raz z dziewczyną
- tabletka na kaca
- swędzenie w pochwie
- prezerwatywy prążkowane (plus obrazki każdego możliwego opakowania durexów)
- pirates of the caribbean xxx
Zastanawiałam się, czy może nie powinnam o tym wspomnieć na jakichś zajęciach, ale... eh... z czego ja się potem będę śmiała?

niedziela, 9 lutego 2014

Każdy z nas robi postępy.

A - I wiesz co, po raz pierwszy przespałam się z kimś nie tak, że w związku, ale z prawie obcym facetem.
Ja - No i dobrze, trzeba korzystać z życia.
A - I nawet się po tym nie czułam jakoś źle.

Ja robię postępy na studiach. Dużym ułatwieniem jest to, że na magisterce jest sporo osób z jakichś wyższych-szkół-nie-wiadomo-czego, dla których np. nowością jest wybór akcentu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem z góry uprzedzona do uczelni prywatnych, ale poznałam już z 40 przypadków, które potwierdzają ten stereotyp, że na w/w uczelniach nie robi się wiele. Chociaż, nie wyciągajmy pochopnych wniosków - dzięki statystyce (TAK, nawet na filologii mamy statystykę) każdy zdaje sobie sprawę, że nie można generalizować mając do dyspozycji tylko jakieś marne 40 przypadków.
Przecież każdy z nich może być profesorem.
Ekhem.
Ta.

niedziela, 24 listopada 2013

Christmas decor

Szycie na maszynie idzie mi coraz lepiej i nie mogło być inaczej, uszyłam całe mnóstwo zawieszek na choinkę (na potrzeby zdjęcia przyozdobiłam nimi mojego kwiatka, który zapewne nie był z tego zadowolony). Myślałam, że ciężko będzie mi znaleźć jakiś fajny świąteczny materiał, ale już podczas pierwszej wizyty w lumpie znalazłam koszulę w czerwono-białą kratę, a kilka dni temu mama podarowała mi stary obrus, również w czerwono-białą kratę. Teraz mam świątecznego materiału tyle, że mogę się nim owinąć i jeszcze mi zostanie! (Jakbyście też chcieli taki materiał, a nie macie pod ręką lumpeksów ani starych obrusów, to w ikeji sprzedajo bardzo podobny.)



Jak dobrze pójdzie, to choinki całej mojej rodziny będą w tym roku wyglądać identycznie ;) 

środa, 2 października 2013

absurdy

Sytuacja jest taka: w jednej z łazienek w moim mieszkaniu jest remont, w związku z czym okno w tejże łazience musi pozostać otwarte przez kilka dni (żeby ściana wyschła). Aby przypadkiem nikt o tym nie zapomniał, na oknie i drzwiach zawisły karteczki, z dość prostą w odbiorze informacją 'Nie zamykać okien'.
Pierwsze dwa dni były w miarę okej, ale dzisiaj już kilka razy musiałam to nieszczęsne okno otwierać na nowo. W końcu nie wytrzymałam i musiałam zaspokoić moją ciekawość, spytałam więc lokatorów ucztujących w kuchni czemu ktoś cały czas zamyka owo okno.
I co usłyszałam?
'Bo jest otwarte!'

sobota, 28 września 2013

land of confusion

Prawdą powszechnie znaną jest to, że głupi ma zawsze szczęście - i w moim przypadku nie mogło być inaczej. Dostałam się dokładnie tam gdzie chciałam i już niedługo ponownie rozpocznę smętny żywot studenta (przynajmniej moje seminarium mnie nie przeraża).
Nie wiem jak wy, ale ja nie cierpię rozpoczynać kolejnych etapów edukacji. Każda pierwsza klasa (podstawówka, gimnazjum, liceum, potem studia) zawsze wygląda tak samo - widzisz nieufne spojrzenia skierowane w twoją stronę i zastanawiasz się, do kogo możesz otworzyć japę. Jeśli macie inaczej, zazdroszczę, ja mam właśnie tak jak napisałam. No i te spotkania pierwszoroczniaków, gdzie po raz setny mogę usłyszeć kto jest dziekanem, gdzie jest dziekanat i jak należy tytułować majle do wykładowców (najlepszym antyprzykładem było 'cześć, Radek', serio, nie wiem kto tak pisze).
Ten rok zapowiada się dość intensywnie, bo oprócz nicnierobienia na uczelni, będę jeszcze pracować, czyli uczyć tych wszystkich biednych ludzi jak mówić po angielsku. Mam nadzieję, że uda mi się pogodzić obie rzeczy, eee nie - wróć - nie ma opcji, żebym nie pogodziła tych dwóch rzeczy! 
A wczoraj, w ramach produktywnego spędzania czasu, wybrałam się na noc naukowców. Najciekawsze rzeczy działy się na polibudzie - miałam szansę podotykać ciekłego azotu i wygrałam przepiękną biżuterię:


Na polibudzie mieli też kawiarenkę czynną do późna (w końcu była to NOC naukowców), gdzie mogłam zeżreć zapiekankę - na pewno nie wiecie jak wyglądają zapiekanki (rozumiem, że nie każdy może sobie pozwolić na tak wykwintne jedzenie na mieście), więc wrzucę wam zdjęcie:


Smacznego!

wtorek, 24 września 2013

one step closer

Dobra, mogę napisać, że dostałam się na studia. Hooray! Co prawda nie wiem jeszcze na jaką specjalizację, ale najwyżej syntax stanie się moją miłością (odpukać).
Szczerze mówiąc, jestem pod niezwykłym wrażeniem samej siebie. To nic, że do rozmowy kwalifikacyjnej przygotowywałam się naprawdę długo (i to tak dosyć hardkorowo, dzień w dzień nad książkami i nic nie było w stanie mnie od tego oderwać - I mean it), bo na samej rozmowie tak mnie zjadły nerwy, że wyszłam na totalnego debila. Wiecie:
- Dlaczego wybrała pani akurat to seminarium?
- Yyy... Hm. Uueeeeee... Dlaczego co?
Dalszy ciąg rozmowy przebiegł w podobnym tonie. Możecie się ode mnie uczyć tego, jak wypaść na osobę kompletnie nie znającą się na temacie, mimo posiadania całkiem sporej wiedzy na tenże temat. Luta - mistrzyni wywierania złego wrażenia.

piątek, 6 września 2013

homeward bound

Wróciłam, prawie jestem w domu i bardzo się z tego powodu cieszę.
Póki co przebywam w Bydgoszczy, za którą trochę się stęskniłam, ale teraz mam jej już trochę dość, co wskazuje tylko na to, że wszystko ze mną w porządku. Poznań musi jeszcze poczekać (byłam tam tylko na chwilę, żeby zostawić walizki i popływać w aquaparku), ale i tak najbardziej liczy się chyba to, że mogę zjeść normalny chleb (z masłeeeem).
Pierwszą rzeczą po powrocie do Polski było wymienienie baterii w zegarku, za co zabierałam się mniej więcej od półtora roku, tak więc myślę, że uczciłam mój powrót w należyty sposób.

Z nową baterią moje życie od razu uległo niesamowitej poprawie, jestem tak zachwycona, że brak mi słów.  Z resztą, zmiana gołym okiem widoczna na zdjęciu powinna mówić sama za siebie.

Fajne było też to, że pod moją nieobecność przyszły do mnie pocztówki, w tym jedna od Szarony - nawet nie wiecie, jak bardzo cieszą mnie takie rzeczy! O, jak już jesteśmy w temacie pocztówek, to przypomnę tylko, co napisałam w TYM poście - jak ktoś ma ochotę wymienić się wakacyjnymi wspomnieniami, to zapraszam. Teraz już można wysyłać hiciory.

 ostatni zachód słońca w wiosce pod Londonem

Wybaczcie ten chaos.
Wróciłam, cieszę się.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bath

Tak jak w tytule, dzisiejszy będzie post o kąpieli.


Dzisiaj mamy bank holiday (wszyscy mają bank holiday! fiesta!), więc zrobiliśmy sobie z M małą wycieczkę do Bath. Już w pociągu okazało się, że nie mogliśmy wybrać lepszego dnia - cały pełen był turystów żądnych przygód, ale przynajmniej było przytulnie i swojsko.




Takie oto mapki pojawiały się mniej więcej co 50 metrów, tak więc nie da rady się zgubić

Po spacerze odpadały nam nogi i marzyliśmy o znalezieniu jakiejś przytulnej jadłodajni - padło na pub, który zachęcił nas swoją niesamowitą ofertą...



taki typowy brytyjski pub z milionem pierdół na ścianach...



...ale co tam wystrój, kiedy w pubie zjawiają się tacy klienci


najważniejszy punkt wycieczki - kanapka z camembertem i żurawiną, niebo w gębie

czwartek, 15 sierpnia 2013

Mamma mia...

Ostatnio trafiłam w sklepie na zeszyt z prześmiesznym żartem, który znałam od dziecka, ale zrozumiałam go dopiero na pierwszym roku studiów :>

(h)a, (h)a, (h)a

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

nie mam pomysłu na tytuł

1. Mój współlokator Rob jest żywym zaprzeczeniem stereotypowego Brytyjczyka. OK, przyznaję, może zbyt często zadaje mi pytanie 'How are you?', ale poza tym jest aż nadto normalny. Kiedy spotykam go w kuchni, to zwykle ucinamy sobie ciekawą pogawędkę - Rob w fantastyczny sposób opowiada o swoim kraju i często krytykuje irytujące brytyjskie zachowania. Dzięki niemu wiem na przykład, że system klasowy jest dla wielu (naprawdę wielu) osób ciągle żywy i niektórzy nie odezwą się do takiego śmieciarza czy innego pracownika fizycznego, bo, cóż, tacy ludzie są zwyczajnie gorsi. Także wiecie, jeśli już musicie wykonywać jakiś podrzędny zawód, to nie chwalcie się tym jeśli zależy wam na dobrej opinii wśród ludzi. Tych lepszych ludzi.

2. Mój współlokator James jest aż nadto typowym Brytyjczykiem. W szafce trzyma przerażającą ilość fasolki Heinz w puszce, chociaż nigdy nie widziałam, żeby cokolwiek gotował. W swych zapasach posiada również jedyną w swym rodzaju tea with whitener - fantastyczny wynalazek, dzięki któremu nie trzeba już trudzić się nalewaniem mleka do herbaty. James ma typową pracę from 9 to 5, wypłatę otrzymuje w piątek, co bardzo go cieszy, bo w weekend może w pełni oddać się robieniu zakupów. W niedzielę grywa w niezwykle popularną tutaj grę - tenisa, a po grze w tenisa lubi zasiąść przed telewizorem, żeby emocjonować się piłką nożną.


nie mogłam się powstrzymać

3. Mój współlokator Chris wprowadził się do nas całkiem niedawno. Studiuje literaturę angielską (mmmm, mogę z nim porozmawiać o Beowulfie), a wieczorami pracuje w barze. Czasem wpada do niego dziewczyna - dziewczyna, której włosy mają tak intensywny odcień czerwieni, że jest to aż nieprawdopodobne. Obydwoje są bardzo mili, na swój brytyjski sposób. To znaczy, że kiedy gadamy o pogodzie, wszystko jest OK, jednak kiedy tylko temat zejdzie na śmieci rozpaczliwie domagające się wyniesienia, nagle odkrywam, że gadam sama ze sobą. 

4. Mój współlokator Andrew, do którego mówię Jędrek, bo Andrew mi po prostu do niego nie pasuje. Nie widuję go prawie wcale, bo Jędrek pracuje na nocne zmiany, ale kiedy już uda mi się z nim porozmawiać to nie mogę się nadziwić temu, jak bardzo mogą różnić się od siebie brat z siostrą. Jestem pewna, że większość ludzi wzięłaby nas za zupełnie obce sobie osoby. Kosmos!

5. Na koniec jestem ja, ale mnie już znacie.



czwartek, 8 sierpnia 2013

you'll marry a music man

- Sorry, this coke is flat. 
Grzecznie zabieram szklankę, odkręcam nową butelkę coli, nalewam colę do szklanki i podaję ją klientowi z przemiłym uśmiechem.
- Sorry, it's still flat. - Westchnienie cierpiącego - Can I just have an orange juice?

Sorry jest najczęściej powtarzanym słowem, ale szybko nauczyłam się, że nie ma ono nic wspólnego ani z przeprosinami, ani z byciem miłym. Powiedzmy, że to taki delikatny wstęp do tego, aby powiedzieć ci, że jesteś kretynem, albo że zrobiłeś coś źle. Ja, z racji bycia chodzącą kelnerską katastrofą, a także dlatego, że wiele nazw jest dla mnie nowych, słyszę je niemal bez przerwy.

Czasem, kiedy ktoś pyta mnie o dania dnia, których włoskie nazwy widnieją na tablicy, z niewzruszoną miną wciskam ludziom kit, że maiale to małże, modląc się w duchu, żeby podzielali mój wstręt do frutti di mare i nie zamówili tego dania. Wyobraźcie sobie minę kogoś, kto spodziewa się małży, a dostaje wieprzowinę. Hahaha. Byłabym najgłośniej śmiejącą się osobą w restauracji. A nie, byłabym jedyną śmiejącą się osobą w restauracji.


środa, 17 lipca 2013

niedziela, 14 lipca 2013

July 14


Miałam nadzieję, że będę w stanie zgrabnie podsumować początek mojego pobytu w Wielkiej Brytanii, ale okazuje się, że wcale nie tak łatwo znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać wszystko to, co kłębi się w mojej głowie.

niedziela, 7 lipca 2013

first impressions

Wczorajsza podróż odbyła się nadzwyczaj zgodnie z planem, z lotniska elegancko dojechaliśmy do Londynu, a z Londynu już do Swindon. Większą część podróży po prostu przespałam (cudowne działanie aviomarinu), ale i tak byłam na tyle zmęczona, że od razu po dotarciu na miejsce położyłam się na łóżku i szybko zasnęłam. Za to dzisiaj już od rana włóczę się po okolicy, żeby poznać ją jak najlepiej. Mieszkamy niedaleko centrum zakupowego, gdzie na kilku krzyżujących się ze sobą ulicach są tylko sklepy, sklepy i sklepy. Zabawne, że kiedy wybraliśmy się na spacer około 8 ulice świeciły pustkami (dosłownie! ani jednej osoby), za to tuż po otwarciu pierwszego sklepu ludzie zlecieli się nie wiadomo skąd. No cóż, jak wyjść to tylko po zakupy.





Czerwone czy niebieskie?




Jutro udaję się na intensywne poszukiwania pracy, mam nadzieję, że szybko znajdę coś w miarę sensownego. Trzymajta kciuki!

sobota, 6 lipca 2013

last moments in Poznan





Wczoraj w towarzystwie butelki wina (za co dzisiaj płacę) pożegnałam mój piękny Poznań. Mój podróżny entuzjazm jest jeszcze ściszony przez okropnego kaca, ale już pomału zaczyna do mnie docierać, że dzisiaj zasnę już w zupełnie innym domu, w obcym pokoju, na nieznanym łóżku. Cool! Jednocześnie patrzę na rzeczy, które chcę zabrać i widzę jedynie skupiska pierdół, które mogą się przydać i które są jeszcze do spakowania, a wyruszam już za dwie godziny. Zawsze wydaje mi się, że ja po prostu przeniosę się w inne miejsce, a cały proces podróżowania magicznie mnie ominie, ale nie da się, przynajmniej dopóki nie stanę się Harrym Potterem.
Oho, czuję na sobie oskarżycielski wzrok, co oznacza, że powinnam w końcu zebrać się w sobie i opuścić moje wygodne (tak wygodne!) łóżko. Żegnaj, łóżko. Pakowanie wzywa, a zaraz potem lecimy!

Wiiiiii!

środa, 3 lipca 2013

droga do Cannes

Jak na razie moje wakacje wypadają dość nudno, ale być może mam takie wrażenie, bo wszystko robię po prostu bez pośpiechu. Zaczęłam się już nawet pakować na mój dwumiesięczny wyjazd, ale nie mogę pozbyć się myśli, że czegokolwiek bym nie wzięła, to i tak zostawię 80% najpotrzebniejszych rzeczy. Patrzę na moją walizkę, w której znajdują się buty, ręcznik i kurtka, i wydaje mi się, że zostało TAK NIEWIELE miejsca! Dobra, nigdy nie byłam mistrzem pakowania i usiłuję przekonać samą siebie, że jak coś zostawię, to zastąpię to czymś innym. Albo kupię nowe. Tak, na pewno kupię nowe.



sobota, 22 czerwca 2013

bla, bla o studiach

Powoli dobiega koniec mojej rocznej przerwy (hmm, gap year brzmi lepiej) w studiowaniu.
Po skończeniu trzeciego roku studiów doszłam do wniosku, że magisterka musi poczekać, bo potrzebuję odpoczynku od zajęć, nauki, wykładów i książek. Udało mi się znaleźć pracę, gdzie tak naprawdę zajęć, nauki, wykładów i książek miałam pod dostatkiem, ale z perspektywy osoby uczącej wygląda to znacznie przyjemniej. Pracę traktuję jako rozszerzenie praktyk, które odbyłam na studiach, z tą różnicą, że dopiero w ciągu ostatniego roku zyskałam ogromne doświadczenie. Nauczyłam się robić porządne konspekty lekcji, tworzyć testy i zadania domowe (teraz jestem nauczycielem idealnym) - to wszystko niby było na studiach, ale głównie w teorii. Nie chcę przez to powiedzieć, że z tego powodu moje studia były złe, po prostu ja sama w trakcie ich trwania nie miałam zbytnio chęci, żeby przykładać się do praktyk ;) Poza tym, niektórzy wykładowcy skutecznie potrafią zniechęcić do pewnych przedmiotów, ale tak jest chyba wszędzie. 
Dziś zapisałam się na studia (żegnaj, lenistwo!) i rzuciłam okiem na seminaria magisterskie. Jest jedno, które odpowiada mi w stu procentach - tego się nie spodziewałam, ale to miła niespodzianka. Jeśli się na nie dostanę, będę wniebowzięta (muszę pamiętać o tym wpisie, kiedy dopadnie mnie moment zniechęcenia)! No i mam pewność, że warto było czekać ten rok z rozpoczęciem studiów. Rok temu mogłam wybrać inne seminarium, co prawda nawet zbliżone do moich zainteresowań, ale teraz bym żałowała ;) 

Ach, studia wydają się takie piękne do momentu, kiedy się nie zaczną ;)

wtorek, 14 maja 2013

no more I love you's

Lubię zapach deszczu, no i przez kilka ostatnich dni miałam zapach deszczu. 




Podczas deszczowego spaceru. Szkoda, że deszczowa piosenka kojarzy mi się jedynie z mechaniczną pomarańczą ;) 



Jeden z niewielu niedeszczowych zachodów w ciągu ostatnich dni. 

piątek, 10 maja 2013

W czasie deszczu dzieci się nudzą...

... ale nie ja! W związku z tym, że mój kuzyn ma w niedzielę Pierwszą Komunię Świętą, moja mama zleciła mi zadanie specjalne - zrobić dla niego kartkę i kupić sobie jakiś ładny ciuch na tę okazję. Zrobienie kartki to dla mnie pestka, gorzej z zakupami. Im starsza jestem, tym bardziej nie lubię chodzić po sklepach. Zawsze mam wrażenie, że albo jestem za chuda, albo za gruba, żeby wyglądać dobrze w jakimś ciuchu. Przebieranie się dziesiątki razy jest męczące, tak jak przepychanie się między ludźmi i uważanie, żeby nie strącić czegoś z wieszaka. A jak już w końcu uda mi się coś wybrać, to trzeba jeszcze swoje odstać w kolejce. Ach, i jeszcze trzeba za to wszystko zapłacić ;) Zaprawdę powiadam wam, ciężkie jest życie kobiety, a już w dodatku na zakupach!
Całe szczęście udało mi się kupić coś, z czego jestem naprawdę zadowolona. Zaraz po tym jak przyleciałam z zakupów, zaczęłam robić kartkę. Komunia kojarzy mi się z kwiatkami, bielą, bladym różem i fioletem, i początkowo w takim klimacie miała być kartka, ale zdałam sobie sprawę, że - niestety! - to przecież nie jest kartka dla dziewczynki. Stwierdziłam więc, że wystarczy coś prostego i wyszło mi takie cuś:



Na środku będzie jeszcze napis.


A po tym jak skończyłam kartkę, wpadłam w szał kolczykowy i zrobiłam kilka nowości:


A dzień się jeszcze nie skończył, więc pewnie będzie tego więcej ;)