piątek, 26 sierpnia 2016

Nikt nie lubi narzekających ludzi. Strangely enough, narzekają niemal wszyscy. Matko, ale z nas hipokryci.
Narzekanie jest wygodne, bo narzekać można na wszystko.

Zaczynając rozmowę z drugą osobą niemal za każdym razem ryzykujemy, że do naszych uszu dotrze stwierdzenie w stylu: za gorąco, za zimno, pada deszcz, boli mnie głowa, mam dużo roboty, film jest nudny, jedzenie nie smakowało, sąsiadka mnie denerwuje, sąsiad na mnie patrzy, dziecko mnie nie słucha, blablabla... Bardziej doświadczeni rozmówcy często stosują również technikę licytacji, czyli cokolwiek (pozytywnego lub negatywnego - no difference whatsoever) przydarzyło się Tobie, ta druga osoba ma gorzej. Twoje dziecko nie śpi od piątej? To nic, moje wyrwało mnie ze snu już o czwartej trzydzieści pięć! Ha!

Są też tacy, którzy w szczególności upodobali sobie narzekanie na fejsbuku, co tak na dobrą sprawę nawet lubię. Lubię, bo mogę sobie w myślach ułożyć bardzo kąśliwą odpowiedź, co przysparza mi sporo frajdy, jednak najczęściej powstrzymuję się od jej opublikowania mając na uwadze fakt, że ten fejsbukowy narzekacz obrazi się na sto pro i atmosfera będzie dziwna. Blah.

Żeby nie było - ja też narzekam. Ale nie raczę tym innych. Kiedyś, w bardzo upalny dzień (a ja upałów NIENAWIDZĘ) usłyszałam od znajomej 'Jeny Luta, weź przestań narzekać, serio, nie da się ciebie słuchać', co uświadomiło mi, że 90% słów wydobywających się z mojej buzi tego dnia to psioczenie na pogodę/ból głowy/zmęczenie/brak deszczu/cokolwiek. Więc się zamknęłam. I nie zamierzam już się więcej uzewnętrzniać w ten sposób. Czasem pozwalam sobie troszeczkę ponarzekać na tym blogu, ale wtedy piszę pod wpływem emocji, które chciałabym zatrzymać, i na dobrą sprawę i tak prawie nikt tego nie czyta. A jak czyta, to może przestać w dowolnym momencie ;)

Jak już wspomniałam, wygodne jest to całe narzekanie. Chodzi o to, żeby oprzeć się ujmującej chęci wyrażenia swego niezadowolenia. To nie jest umiejętność, którą opanowałam do perfekcji, ale cały czas nad tym pracuję. No i tak, kiedy chcę sobie na coś ponarzekać, to zanim otworzę buzię, myślę, co właściwie chcę powiedzieć.

Mam niewygodne buty, które mnie obtarły? Ok, następnym razem wezmę plastry i lepiej przemyślę zakup kolejnej pary obuwia. A teraz docenię to, że w ogóle stać mnie na buty, w których mogę c h o d z i ć.

Kłopoty ze zdrowiem? Narzekanie nie poprawi mi samopoczucia, a zadbanie o siebie i wizyta u lekarza owszem.

Znowu nie mam pieniędzy? To nic, dzieci w krajach trzeciego świata też nie, ale ja, w przeciwieństwie do nich, mogę sobie zaplanować moje wydatki.

I tak dalej, chyba łapiecie o co chodzi. Łatwe to to nie jest, ale warto spróbować.

4 komentarze:

  1. Narzekanie jest zaraźliwe. Ale na szczęście mam też tak jak Ty, chociażby tłumaczę sobie, że co z tego, że uciekł mi autobus? Przecież za godzinę będzie kolejny i mogę trochę pospacerować po mieście :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja zaczęłam panować nad swoim narzekaniem, gdy zaczęłam spędzać czas z ludźmi, którzy narzekali gorzej ode mnie. Krew mnie zalewała, drażnili mnie i wtedy do mnie dotarło jak inni czują się przy mnie. Od tej pory zawzięcie walczę, żeby jak najmniej zrzędzić :D

    OdpowiedzUsuń
  3. narzekanie jest z dupy, bo nic nie wnosi, oprócz kwaśnej atmosfery :p naprawdę nie czaję, czemu ludzie często zaczynają rozmowy i znajomości od narzekania... jakoś im tak łatwiej. ble.

    OdpowiedzUsuń
  4. co do mojej podróży życia - jedziemy do Nowej Zelandii autostopem, przez całą Azję :D także jaram się

    OdpowiedzUsuń