środa, 1 lutego 2017

***

Pogrzeb odbył się tydzień później. To był dziwny tydzień. Jakimś cudem dałam radę zorganizować wszelkie sprawy związane z pochówkiem, obdzwonić setkę współpracowników, bliższych i dalszych znajomych, odwołać wszystkie spotkania biznesowe, anulować rezerwacje i spakować rzeczy C.
W międzyczasie wypadały moje urodziny, które spędziłam z S, bratem C, pijąc jakieś totalnie niemożliwe ilości wina, paląc papierosa za papierosem i przeglądając stare zdjęcia. Oprócz tego nie bardzo pamiętam co się ze mną działo. Na pogrzebie właściwie nie było mi smutno, ale miałam wrażenie, że wypada, żebym płakała. Wiem, że uwaga wielu ludzi skierowana była na mnie, czego nie chciałam i odetchnęłam z ulgą, kiedy była dziewczyna C, E (z zawodu i stylu bycia aktorka), postanowiła wygłosić kosmiczną przemowę. Dzięki temu mogłam schować się gdzieś z tyłu, za ludźmi.

Wszystko bardzo mnie denerwowało. Nie byłam smutna, byłam wkurzona. Wkurzona, bo tak nagle zostałam sama. Wkurzona, bo moje plany poszły się wiadomo co. Wkurzona, bo byłam zbyt młoda na takie doświadczenia. Wkurzona, bo wszyscy dookoła wydawali się tak weseli. A ja chciałam, żeby absolutnie każda osoba, którą mijałam na ulicy wiedziała o tym, co mnie spotkało. Wydawało mi się, że w dowolnym momencie znów ktoś może umrzeć na moich oczach i zupełnie nie mogłam pojąć tego, że nikt się tym nie przejmuje!

Przesiadywanie wieczorami na Starym Rynku stało się jakieś dziwne. Ciągle tylko zerkałam w stronę Placu Wolności, czy aby przypadkiem C nie zmierza już w naszym kierunku żeby się przysiąść. Chciałam opowiedzieć mu historię o martwym facecie leżącym na podłodze w jego mieszkaniu. Ale C nie odbierał telefonu.

Z uglą powitałam zbliżające się wakacje, bo oznaczało to koniec pracy, a co za tym idzie - zaprzestanie jakichkolwiek starań aby choć na chwilę prowadzić namiastkę normalnego życia. Nie musiałam wyglądać i mogłam jedynie leżeć w łóżku. Dobry humor miałam jedynie wieczorami, po wypiciu kilku(nastu) piw, rano znów czułam się źle, ale mogłam to usprawiedliwić kacem. Potem wyjechałam na Maltę, w celu zmiany otoczenia i spojrzenia na moje życie z innej perspektywy, ale w mojej głowie wciąż tkwiłam w tym samym pustym miejscu.

***
W kwietniu miną dwa lata od śmierci C, a ja do dzisiaj chodzę wkurzona. Nie cały czas, bo bardzo staram się nad sobą pracować, ale nie mogę wyzbyć się gniewu. Teraz jestem zła, bo całe to doświadczenie napełniło mnie niesamowitym strachem, z którym nie umiem sobie poradzić i pogorszyło to jedynie moją depresję i ataki paniki, nad opanowaniem których tak ciężko pracowałam i zdaje się, że cały mój wysiłek poszedł na marne. Są dni kiedy nie mogę przestać płakać, bo myślę o tym, że coś może stać się osobom, na których mi zależy. Boję się również zostawać sama w mieszkaniu, w razie gdyby coś się stało mi. Nie dlatego, że boję się śmierci. Boję się tego, co nadchodzi po śmierci.

2 komentarze:

  1. nie mam pojęcia, co nadchodzi po śmierci i staram się nad tym nie zastanawiać. jakbym zaczęła nad tym rozmyślać, to pewnie czuła bym się zaniepokojona lub smutna.
    może nic nie nadchodzi? nie skupiaj się nad tym.

    a rozmawiałaś z psychologiem a propos tego wszystkiego?

    OdpowiedzUsuń
  2. Za każdym razem kiedy myślę o śmierci uświadamiam sobie, że już nigdy nie otworzę oczu i nie będę mogła myśleć, marzyć, śmiać się i widzieć kochanych i bliskich osób. Te kilka 'drobnych' myśli wywołuje we mnie taką falę uczyć, że potrafię w kilka sekund rozpłakać się jak dziecko i ciężko jest mi się uspokoić... dlatego o tym nie myślę. Unikam tego tematu jak ognia i bardzo nie lubię kiedy ktoś żartuje o śmierci, albo pewien bliski mi ktoś rzuca tekstem 'wyśpię się po śmierci'.
    Nie myślenie pomaga. Może warto czasami wyłączyć myślenie i skupić się na tu i teraz? na marzeniach, celach i planach. Chociaż nie jest to łatwe, może być wykonalne. Może wtedy będzie lepiej ?

    OdpowiedzUsuń