niedziela, 4 marca 2012

Jakoś tak się dziwnie dzieje w tym roku, że co jakiś czas zwiedzam sobie szpitale i inne punkty pomocy doraźnej, i tak też było wczoraj. 
Spędziłam na sorze 'trochę' czasu, mogłam więc sobie poobserwować jaki tam mają nieogar. Najbardziej spodobała mi się akcja z panem, który leżał obok mnie. Pan ledwo mógł się ruszać i mówić, widać było, że za każdym razem jak wykrzykują jego nazwisko, pan z trudem odpowiada, że to on. No nic. Każą panu oddać mocz. Pan protestuje i pyta "z czego?". Bo jak mu się nie chce, to się nie zmusi. Pielęgniarka dała jednak pojemniczek, zasłoniła pana zasłonką w całkiem przyjemnym zielonkawym kolorze, i jazda, sikaj pan. Jakoś tak po 20 minutach pan w końcu dał radę - alleluja! - pojemniczek z moczem stoi elegancko i czeka, aż go zabiorą na badania. Po chwili, kiedy pojemniczek zdążył już zniknąć, przychodzi ta sama pielęgniarka co wcześniej, i pyta pana, czy już oddał mocz. Pan potwierdza. Ale pojemniczka nie ma. Gdzie jest pojemniczek? Ja ledwo powstrzymałam się od wybuchnięcia śmiechem, ale pielęgniarka nie poczuła nawet zakłopotania. Powiedziała tylko "No widzi pan, wzięli ten mocz, wzięli, musi pan oddać jeszcze raz, bo nie wiadomo co z nim teraz, a do badania potrzebujemy, no wzięli i nie ma". Szkoda, że w tym momencie nie widziałam miny pana. 
Macie bonus w postaci pięknego zdjęcia, weźcie pod uwagę to, że na zdjęciu widać buty owego pana - te brązowe. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz